Temat: Ile % populacji nie wiej jak dokonac wplaty?
| Kuzynka kupiła pół domu (ok 80m2) za 40tys zł. Wiocha w Opolskim jakies | 10km do granicy z Czechami. Taki sam domek we Wrocławiu kosztowałby ok | 200tyś - da sie jednak. Inna sprawa, ze z praca ciezko - chyba, ze ktos | moze w internecie pracowac :)
no, ja mogę;) a co do domu - niezła cena, a ile pola do tego? ja wolę kupić starą chałupę i wyremontować po swojemu.
Chałupa stara (nie wiem jaki rocznik), remont minimalny. Jesli ktos nie bedzie zmieniał za duzo, to mozna mieszkac zaraz po kupieniu. Pola kawalek jest, ale osobiscie nie widzialem, tylko na foto ;)
Podobno do remontu na tej samej ulicy sprzedaja po 15tys dom+ogrodek+kawalek pola. Nie wiem jaki stan domu. Lokalizacja to wies na Opolszczyznie pod Glubczycami.
Sam sie zastanawiałem, czy nie kupic i wyremontowac, ale niestety moj organizm nie moglby prawidlowo funkcjonowac poza Wrocławiem - przekonałem sie juz kilkukrotnie ;)
Temat: Co z Sekretarzem?
A proszę bardzo, dajecie mi z 100 tys. zł, 3 budynki za zł po wojsku i dofinansowanie z budżetu państwa na remonty i mogę coś z tego wyczarować.
Gwarantuję Ci, ze Twoja drużyna siatkarska rozpadłaby się po miesiącu. Na dobrą drużynę w I lidze trzeba co najmniej 600 tysięcy [samo wynajęcie hali do gry, kontrakty z zawodnikami, z trenerami, z działaczami, bus i paliwo na dalekie wyjazdy, ewentualne hotele, zgłoszenie do ligi, licencje etc, etc...], bo chyba nie zależy nam na jakiejś bandzie najemników, którzy nic nie wygrają. Co do Twojego pomysłu to nie jesteś pierwszy. Jakiś gość kupił duży dom na Słowiańskiej i ponoć remontuje go dla studentów PWSZ-u. Tyle, że sam go kupił i sam remontuje, a nie liczy na pomoc od państwa. Sam zarób te 100 tysięcy, a nie "niech mi dadzą".
Moim zdaniem drużynę trzeba odłączyć od PWSZ i stworzyć zrzeszenie sportowe, które zajmie się klubem. Tak zrobiono w Opolu z Odrą i dziś OKS ma stabilny budżet, II ligę piłkarską i 4000 kibiców na trybunach.
Co do sekretarza w gminie to chcieliście mieć tanie państwo, więc macie przynajmniej tani samorząd
Co do uczelni i naszych pieniędzy - odpowiedź jest prosta - Nysa się kompromituje tym pomysłem i tu popieram Cie Brutu. Powiem wam co osiągnie PWSZ Nysa tą rozrzutnością kasy dla studentów. Po pierwsze przyjdą tu Ci, którzy chcą mieć legitymację studencką, a na studiach im będzie najmniej zależało. Taka legitka to 50% zniżek, 200 złoty na mieszkanie, że nie wspomnę o beztroskim życiu przez ponad pół roku [bo po tej połowie 80% wyleci na sesji]... Poza tym nie w ten sposób powinno się zwiększać prestiż uczelni (w zasadzie to moim zdaniem prestiż został obalony), powinno się tutaj otworzyć atrakcyjne kierunki. Kadrę można załatwić bez problemu bo PWSZ płaci za wykład profesorowi więcej niż choćby UO. Przykładem może być profesor Czapliński, który jest tutaj dyrektorem instytutu historii, a chyba nie muszę pisać jakiej jest to klasy historyk.
Mnie zdenerwowało to, że za moje pieniądze (jestem zameldowany w Nysie) będą się uczyć tutaj ludzie z np. Kielc, a ja uczę się na UO i moja gmina mi nie daje mieszkaniowego 200 złotych... Skoro należę do gminy Nysa to jako jej mieszkaniec - student - też powinienem mieć prawo do takiego stypendium niezależnie od tego czy jestem na Uni w Opolu, czy na PWSZ w Nysie. Gmina powinna wspierać swoich mieszkańców, a nie mieszkańców innych gmin.
Temat: Rzeczpospolita wielu wyznań
W powszechnej świadomości Polska uchodzi za kraj religijnie monolityczny. Umacnia to przekonanie powszechnie obowiązujący, nawet wśród ateistów, kult papieża. Tymczasem tak naprawdę kraj nasz jest wielowyznaniowy. Stosunek do mniejszości jest różny. Część jest niechętna, ale przeważa obojętność i ignorancja. Tymczasem wśród wyznań mniejszościowych są tak liczne, jak prawosławni, których jest, wedle różnych szacunków, od pół miliona do 800 tys. Prawosławni mieszkają głównie na wschodzie kraju. Są świadkowie Jehowy, których jest 120-130 tys. Są luteranie, czyli ewangelicy augsburscy. Tych jest ok. 100 tys., a mieszkają głównie na południu Polski. Są jednak i denominacje wprawdzie nieliczne, ale prężne. Do tych należą Adwentyści Dnia Siódmego:
Pomagają niezależnie od wyznania Afryka jest tutaj Punkt z odzieżą dla potrzebujących w Poznaniu, zimowiska w Złocieńcu i pomoc dla domu dziecka w Kórniku. Zajmuje się tym Chrześcijańska Służba Charytatywna. ChSCh to organizacja Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego w Polsce, współpracująca ściśle ze swoją światową odpowiedniczką o nazwie ADRA. Ta partnerska organizacja Unii Europejskiej działa w 190 krajach. - Ta współpraca dużo daje - podkreśla pan Przemysław z ChSCh. - Gdy np. w Polsce była powódź, ADRA przekazała nam dla poszkodowanych 240 tys. marek. Gdy w Afganistanie powstał szpital ADRY, Polska Akcja Humanitarna szukała z nimi kontaktu właśnie przez nas. Nie oznacza to, że polscy adwentyści zdają się tylko na swoich zachodnich współbraci. Na poznańskich Jeżycach, przy ul. Dąbrowskiego 28, prowadzą np. sklep z odzieżą. Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie kieruje tam osoby ubogie, które otrzymują odzież za darmo. W Kórniku adwentyści wspomagają dom dziecka, a w Bielsku - Białej - dom starców. Zupa dla głodnych - Niewiele byśmy zrobili bez pomocy działających firm - zaznacza wolontariusz. - Na przykład sieć domów towarowych przekazuje nam żywność, której termin przydatności do spożycia niedługo się skończy. Inna firma użycza nam samochody, żeby tę żywność przewieźć. W podziękowaniu za pomoc przy odbudowie zniszczonych przez powódź szkół, władze Opola przekazały adwentystom lokal na świetlicę na młodzieży. W Gdańsku z kolei miasto przekazało za symboliczną opłatą lokal na świetlicę dla dzieci. Na warszawskim Dworcu Centralnym wolontariusze ChSCh wydają głodnym zupę i kanapki. - W Wiśle, Grzybowie koło Kołobrzegu i w Złocieńcu mamy ośrodki, do których zapraszamy na zimowiska dzieci z obszarów ekologicznego zagrożenia - kontynuuje nasz rozmówca. - Z kolei w Wiśle i Zwardoniu organizujemy wczasy zdrowotne, gdzie leczymy dietą surówkową. W wielu miastach, również w Poznaniu, adwentyści organizują kursy ,,Rzucam palenie”, uznane przez WHO za jedne ze skuteczniejszych. Z palenia rezygnuje 80 proc. kursantów. - Kiedyś marzyłem o tym, żeby być misjonarzem w Afryce - podsumowuje pan Przemysław. - Potem jednak dotarło do mnie, że Afryka jest tutaj, obok nas.
Temat: Głodówka?
Kolejny odcinek nyskiego matrixa:
Janusz Sanocki, niegdyś czołowy działacz podziemia, obecnie wydawca "Nowin Nyskich", tydzień temu ogłosił głodówkę przeciwko bezprawnym działaniom prokuratury i policji. Obecnie chce powołania komisji parlamentarnej, która zajmie się jego sprawą Zobacz powiekszenie Fot. Michal Grocholski / AG Dorota Wodecka: Głoduje Pan w redakcji. A na noc idzie Pan do domu?
Janusz Sanocki: Ja już wiem co "Wyborcza" chce napisać. Wiem, czego się po tej gazecie można spodziewać. Nocuję w redakcji, raz jeden wróciłem do domu.
A dlaczego Pan głoduje?
- Nie strajkuję w swojej sprawie. Protestuję przeciwko bezczelnemu łamaniu prawa przez policję i prokuraturę. Za komuny śpiewał o nich Jacek Kleyff: "To władza w nasze mundury przebrana i bandyci przebrani za władzę" i nic się nie zmieniło w tej kwestii. Bo policja i prokuratury, rejonowa w Nysie i okręgowa w Opolu, nie dbają o interes obywatela, tylko strzegą własnych układów. Dowodem niech będzie bezprawna próba usunięcia z domu w Nysie pana Dubrawskiego, mimo nieposiadania nakazu eksmisji. To oni naruszyli jego mir domowy, a nam dziennikarzom, którzy stanęli w jego obronie, postawili zarzuty, by nas uciszyć.
Policja twierdzi, że nie chciała Dubrawskiego eksmitować.
- Kłamią w żywe oczy! 9 lipca chcieli go stamtąd wyrzucić. Po co innego by tam poleźli? Nachodzili go ciągle. Dwa dni wcześniej weszli, wybili mu szybę w drzwiach. Tak mi mówił.
Policja przyszła na wezwanie właścicielki domu, bo Dubrawski był w nim nielegalnie. Sprawdziłam, że sprzedał pani L. dom, wymeldował się z niego, zapewnił, że do 6 lipca opuści mieszkanie, a nie zrobił tego.
- Ale na jakiej podstawie policja twierdzi, że on tam był nielegalnie?
Bo według aktu notarialnego L. kupiła dom, jest to jej prywatna własność. Pan by nie wezwał policji, gdybym Panu sprzedała mieszkanie, a potem go nie opuszczała?
- Ale pani L. zapłaciła tylko pierwszą ratę, drugiej nie wpłaciła, zatem dopóki nie wpłaci drugiej raty, Dubrawski ma prawo tam mieszkać.
Pani L. ma świadków, że dała panu Dubrawskiemu wszystkie pieniądze.
- To mnie nie interesuje. Ja protestuję przeciwko temu, że policja była tam nielegalnie i chciała go eksmitować bez żadnych podstaw prawnych. Zresztą skoro sąd wydał 7 lipca klauzulę wykonalności i nakazał jej wpłacić drugą ratę, to znaczy, że nie zapłaciła.
Sprawdziłam, jak to jest z wydawaniem klauzul wykonalności. Sąd wydaje je bez badania sprawy, w tym wypadku bez sprawdzenia, czy L. zapłaciła drugą ratę, czy nie.
- Nie obchodzi mnie to! Ja nie wiem, czy Dubrawski wziął całe pieniądze, czy nie. On twierdzi, że nie. Zresztą czy L. nie mogła przelać tych pieniędzy w banku?
Zapytałam o to pełnomocnika L. i dowiedziałam się, że nie mogła zapłacić w banku, bo Dubrawski się na to nie zgodził, na co L. ma świadków.
- To czemu od razu mu nie zapłaciła całości?
Umówili się - za obopólną zgodą - na dwie transze.
- Ja nie wnikam w to, kto jest oszukany. Dopóki sąd tego nie rozstrzygnie, to nie wiadomo. Ale policja nie mogła tam być bez nakazu eksmisji.
Powtórzę: była wzywana przez właścicielkę nieruchomości, bo ktoś nielegalnie zajmował jej dom.
To Dubrawski mieszka tam teraz legalnie?
Nie.
To skoro mieszka nielegalnie, to dlaczego go nie wyrzucają? Dlaczego policjanci przestali go nachodzić?
Bo właścicielka czeka na eksmisję.
Nikt nie jest w stanie powiedzieć, że Dubrawski nie unieważni tej transakcji. Zresztą ona kręci. Złożyła zawiadomienie o naruszeniu jej miru domowego przeze mnie 8 lipca, a ja tam byłem następnego dnia, czyli 9 lipca!
Sprawdziłam to. W aktach sprawy stoi, że wniosek w Pana sprawie został złożony 9 lipca o godz. 19.10.
Nieprawdą jest to, co jest w aktach! To najlepszy dowód, że sfabrykowali je później. O tym, że wniosek został złożony przez L. 8 lipca, powiedział mi nyski prokurator Wojciech Fabijaniak. Mam to nagrane, bo nie jestem idiotą i byłem u niego z dyktafonem.
Zarzut naruszenia nietykalności policjanta też jest wyssany z palca?
Oczywiście! Oni kłamią!
Nie szarpał się Pan z policjantem przy drzwiach?
Nigdy! Mam to nagrane. On przytrzymywał drzwi, a ja je otworzyłem z drugiej strony. I wtedy on teatralnie zaczął krzyczeć, że go uderzyłem drzwiami. Nie było żadnej szarpaniny. Oni fałszywie mnie oskarżają.
Słyszałam, że zwymyślał ich Pan od tumanów?
Nigdy! Chciałem coś powiedzieć, ale policjantki mi przerwały. Więc im tłumaczyłem, że chcę użyć zdania złożonego i że trzeba było się uczyć, by wiedzieć, co to jest zdanie złożone. To była taka uszczypliwość związana ze stereotypem policjanta. Zaczęły jazgotać, że je obrażam. Kto to takie kobiety do policji widział przyjmować?
Jak długo będzie Pan głodował?
Złożyłem wniosek do wicemarszałka senatu Zbigniewa Romaszewskiego o powołanie niezależnej komisji parlamentarnej lub społecznej, która zbada sprawę bezprawnych działań policji wobec 92-latka i fałszywych oskarżeń wobec mojej osoby. Ja nie chciałem, by badała to sitwa prokuratorska z Opola, bo to ta sama sitwa co w Nysie. Nie ufam im, dlatego chciałbym, by tę sprawę rozstrzygnął ktoś z zewnątrz.
Niech rozstrzygnie niezawisły sąd w Opolu.
Jestem pewny, że każdy sąd będzie miał jednoznaczne stanowisko, że policja była tam bezprawnie i bezprawnie mnie oskarża.
To po co komisja parlamentarna, skoro wystarczy sąd?
Proszę nie żartować. Ja mam przez pół roku chodzić jako osoba oskarżona do sądu? Dlatego, że policjanci nie rozumieją prawa?
Czytałam artykuły, jakie ukazały się w "Nowinach Nyskich" na ten temat. Są nierzetelne, nie ma w nich w ogóle stanowiska drugiej strony.
Pani L. nie chciała z nami rozmawiać. A pani to może uważa, że standardy rzetelnego dziennikarstwa wyznacza "Gazeta Wyborcza"? Myli się pani.
Źródło: Gazeta Wyborcza Opole
Temat: Czujne oko sąsiada może nam pomóc
Choć spada liczba włamań do mieszkań, biur czy sklepów, wciąż na 100 tys. mieszkańców przypada ich blisko 600 w ciągu roku. By zapewnić sobie spokój i poczucie bezpieczeństwa, niekoniecznie trzeba wydać dużo pieniędzy na ochronę. Czasem wystarczą dobre drzwi, okna i czujny sąsiad.
Włamania to po kradzieżach najbardziej dokuczliwe przestępstwo w Polsce. W ub. roku policja w całym kraju odnotowała ich ponad 220 tys., rok wcześniej było ich ponad 266 tys. - Nie mamy szczegółowych statystyk dotyczących miejsc, gdzie buszowali włamywacze, ale życie pokazuje, że były to najczęściej mieszkania - przyznaje Marcin Szyndler z Komendy Głównej Policji. Najwięcej włamywano się do domów, biur i sklepów w województwie zachodniopomorskim - 808 włamań na 100 tys. mieszkańców, potem w Warszawie 764 włamania na 100 tys. mieszkańców. W dalszej kolejności znalazły się dolnośląskie, pomorskie i śląskie. W liczbach bezwzględnych najgorzej wypada Śląsk - 32 tys. włamań w 2005 roku, potem Warszawa i Wrocław - ponad 21 tysięcy.
Latem ubiegłego roku złodzieje włamali się do warszawskiego mieszkania Jana Marii Rokity, jednego z liderów PO. Weszli, podważając drzwi balkonowe. - Skradziono niewiele rzeczy, aparat i laptop. Ten był mi szczególnie bliski. To prezent od mojego ojca, który już od roku nie żyje. Były tam nagrane ostatnie jego słowa i zdjęcia - opowiada Nelly Rokita, żona lidera PO. - Jak się czuliśmy po kradzieży? To jest tak, jak z chorobą, człowiek nie wie, jak to jest dopóty, dopóki nie zachoruje. My też myśleliśmy, że nas nie dotknie to zło, które jest dookoła - dodaje żona polityka.
Amatorzy i fachowcy
Złodziei mieszkaniowych i biurowych policjanci dzielą na amatorów i fachowców. Złodzieje amatorzy to tacy, którzy korzystają z okazji. - Idą po klatce, sprawdzają, czy gdzieś są otwarte drzwi. Jeśli tak, to wchodzą do środka i kradną to, co leży najbliżej, a potem po cichu zamykają mieszkanie. - Potrafią też wejść przez otwarte okno czy uchylony balkon albo wyważyć drzwi z kiepskim zamkiem - opowiada policjant z komendy przy ul. Wilczej w Warszawie. Rok temu w Białymstoku policja zatrzymała 21-letnich wówczas bliźniaków, którzy na koncie mieli 64 włamania - głównie do altanek oraz kościołów. - Były źle zabezpieczone i oni korzystali z okazji - opowiada jeden z funkcjonariuszy. Po tych doświadczeniach proboszczowie wymienili zamki w drzwiach na lepsze, pozakładali alarmy, a niektórzy wynajęli nawet firmy ochroniarskie.
Inną grupą złodziei są tzw. specjaliści, którzy przed skokiem dokładnie się do niego przygotowują. Najczęściej działają w grupach. Zanim dojdzie do włamania, przestępcy robią rozpoznanie. - Są głuche telefony o różnych porach, pod drzwiami kręcą się nieznane osoby, które sprawdzają, czy nikogo nie ma w środku, czy skrzynka jest pusta, czy na wycieraczce nie leżą ulotki - opowiada oficer małopolskiej policji. Złodzieje "znaczą" takie mieszkanie, podrzucając np. niedopałki na klatce, lub zaklejają zamki. Potem czekają na dogodną chwilę, by wejść do środka. Fachowcy potrafią tygodniami prowadzić obserwacje, poznają dokładne zwyczaje domowników, wiedzą, co znajduje się w mieszkaniu. Rok temu, gdy wolska policja rozbiła gang włamywaczy, u jednego z nich znalazła dokładne opisy mieszkań.
- Włamywacze specjaliści potrafią wejść do domów, gdy ktoś jest w środku. Robią to najczęściej pod osłoną nocy i okradają dom metodą na tzw. śpiocha, czyli korzystają z tego, że domownicy śpią - opowiada policjant z warszawskiej Pragi. Taka szajka włamywała się w ub. roku do domów pod Rzeszowem. Złodzieje okradli te domy, w których właściciele spali na piętrze albo na użytkowym poddaszu. Policja podejrzewała nawet, że używali oni gazu do uśpienia domowników. - Tacy złodzieje nie demolują pomieszczeń, nie zostawiają praktycznie po sobie śladów. Dlatego tak trudno ich złapać - opowiada jeden z oficerów z Rzeszowa. Ale podobne kradzieże zdarzają się w całej Polsce. Najczęściej na obrzeżach wielkich aglomeracji - jak warszawska, poznańska czy wrocławska.
Trudno złapać włamywacza
Choć od włamania do domu Rokitów minęło ponad pół roku, stołeczna policja nie zatrzymała włamywaczy, mimo że pobliskie kamery nagrały ich sylwetki. - Nie znaleziono naszych rzeczy. Policja nie przekazuje nam także informacji o śledztwie. Wierzyłam, że da się odnaleźć skradzione przedmioty, ale już przestałam - mówi żona polityka. Jak pokazują policyjne statystyki, wykrywalność tego typu przestępstw nie jest najwyższa.
W ub. roku wynosiła 22 proc., co oznacza, że zatrzymano średnio co czwartego włamywacza. Rok wcześniej było ciut gorzej 21 proc. Najlepsze wyniki mają pod tym względem policjanci z Dolnego Śląska - złapali aż 36 proc. włamywaczy, dalej plasują się ich koledzy z Olsztyna (35,9 proc.), z Gorzowa (34,8 proc.) i Opola (32,7 proc.). Najgorzej wypada na tym tle Warszawa. Tu udaje się zatrzymać zaledwie co 18 włamywacza.
Płacimy za bezpieczeństwo
Spadająca liczba włamań i lepsza skuteczność policji nie do końca przekonują Polaków, którzy coraz bardziej inwestują we własne bezpieczeństwo.
- Standardem jest, że w bogatszych społeczeństwach rosną takie wydatki - tłumaczy Sławomir Wagner, prezes Polskiej Izby Ochrony Osób i Mienia. Coraz chętniej, zwłaszcza w największych aglomeracjach wybieramy chronione osiedla, montujemy systemy alarmowe w domach. - Dziś już nie powstanie żadne nowe osiedle bez ochrony. Ten trend obserwujemy od 10 lat - mówi Jarosław Szanajca, prezes Dom Development, jednej z większych firm deweloperskich w stolicy. Nowe osiedla i domy są nie tylko otaczane murami, ale na ich terenie zakłada się monitoring, a także zatrudnia agentów ochrony. Plan zabezpieczeń jest uzgadniany już na etapie budowy.
Za ochronę lokatorzy płacą w czynszu. Zwykle taka usługa kosztuje od kilku do kilkunastu złotych za metr kwadratowy mieszkania. - Wszystkie zabezpieczenia można jednak pokonać. - Życie pokazuje, że nie ma lepszego zabezpieczenia przed włamywaczami niż czujny sąsiad, który interesuje się tym, co dzieje się w domu u innych, i w razie czegoś podejrzanego od razu zadzwoni na policję - dodaje Marcin Szyndler.
Po ubiegłorocznym włamaniu rodzina Jana Marii Rokity zainwestowała w swoje bezpieczeństwo. - Przed włamaniem nie mieliśmy specjalnych zabezpieczeń w domu. Teraz założyliśmy wszędzie kraty. Chcemy czuć się bezpieczniej - opowiada żona polityka PO.
Czytaj również tutaj
Autor/źródło: Janina Blikowska, Robert Rybarczyk Link: www.rzeczpospolita.pl
|